Trener Osobisty | Zaraz “po-dysze” wrocławskiej
2141
single,single-post,postid-2141,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,paspartu_enabled,paspartu_on_bottom_fixed,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-9.4.1,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive
 

Zaraz “po-dysze” wrocławskiej

IMG_0078-HDR

Zaraz “po-dysze” wrocławskiej

Nowy tydzień się zaczyna, to i powoli w ten nowy rozdział wkraczać trzeba…. Nie ma pośpiechu… próba przeciągnięcia się … Wczoraj jakieś zawody chyba były, bo mnie wstążka w szyję uciska, a medal w formie krzyża spod poduszki w ucho mi się wbija. No tak, bieg na 10km, 11km – różne wersje padają na równi z obraźliwymi epitetami pod adresem tych, którzy z biegu zrezygnowali, aby biec mogli inni. Nie co płakać na rozlanym … tłumem biegających w kółko stadionu, szukających właściwej drogi – bierzmy to już humorystycznie, bo bieganie super jest!

No tak, biegaczu – na trening poranny, skoro jeszcze trochę czasu masz, zanim myszka i monitorek Twój świat do tego matrixa nie zawężą!

Jak na dzień kolejny po zawodach, czuję się nadzwyczaj dobrze. Hmm, biorę psiaka i na Bajkał (takie pozawijane dorzecze Odry naszej urokliwe poniekąd i wolne prawie całkiem od ludzi innych i zwierzyny cywilnej).

Puszczam szczeniaka przodem (bo co się z myśliwskim wyżłem węgierskim ścigał będę). A i doświadczenie w kolekcjonowaniu kontuzji przeciążeniowych podpowiada mi, żeby noga za nogą, jak dziadek z balkonikiem przed lewatywą, do przodu się poruszać. Tak też tuptałem pierwszy kilometr dziwiąc się, że nic mnie nie boli (poza szyją, za którą ochroniarz na mecie biegu wczorajszego zatrzymywał mnie jak elastyczne pasy chroniące lądujące na lotniskowcu amerykańskie myśliwce).

Garmin mój odpikał 1km. Super, no to teraz jedziemy! … Nie pojechaliśmy… Nic się nie stało … no właśnie – nic. Chciałem żwawo ruszyć i troszkę zmieniły się cyferki prędkości, ale szału nie było, za to zadyszka dziwna się pojawiła. Oj, jednak taki Superman to ze mnie nie jest. Coś tam wczoraj pobiegać jednak musiałem. Po dwóch głębszych (tym razem – oddechach) podążyłem za szczeniakiem, który drogę wspólną naszą dobrze już zna i uzbroiwszy się w cierpliwość wymazywać zacząłem z pamięci twarz ochroniarza z wczoraj, co by za rok widząc go w traumie za linią mety, nie zawrócić zaciągając koszulkę na głowę.

Jak się domyślałem, po kilku kilometrach ożywienie i witalność wróciły. Odrzuciłem balkonik i jak młodszy o pół wieku dziadek już po lewatywie, podkręciłem tempo. Znów lekkość biegu wypełnia głowę, a radość z kłusu w niczym niezmąconej przyrodzie napełniała optymizmem na kolejny tydzień.