Trener Osobisty | Na zaciągniętym hamulcu…
2129
single,single-post,postid-2129,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,paspartu_enabled,paspartu_on_bottom_fixed,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-9.4.1,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive
 

Na zaciągniętym hamulcu…

stage 1

Na zaciągniętym hamulcu…

W sumie zupełnie się nie dziwię, że jest dzisiaj, jak jest, skoro wczoraj już szału nie było. Poniedziałkowe dzikie harce treningowe przyniosły efekt, o którym piszą książki. Ospałość i brak energii w połączeniu z ponaciąganymy włóknami mięśniowymi nóg oraz „zagipsowane” inne części ciała sprawiły, że planowane wtorkowe rozbieganie na 10km skończyło się wymuszonym 7km w tempie o 20-30 sekund na km wolniej niż zazwyczaj. I choć wrażenie miałem, że całkiem dziarsko wiatr poczyna sobie w mej jedno-centymetrowej czuprynie, to Garmin nie był już takim optymistą. Wskazywał na tempo prawie tak szybkie, jakim kondukt żałobny przemierza drogę z kaplicy w miejsce ostatecznego spoczynku. Nastroje zresztą były zbliżone.

Wiedziałem, że krzywdy sobie 2-3 treningami nie zrobiłem, ale wiedziałem że dzień kolejny to efekt przebitego balona i nikt nic na to nie poradzi. Liczyła się środa. Na środę plan zakładał już mocniejszy akcent treningowy, bo 10km biegu w drugiem zakresie poprzedzone 4km rozruchu i zakończone 2km schłodzenia, co w sumie nabija 16km.

Ten rozruch to całkiem rozważna rzecz. Nieraz startując w docelowym tempie treningowym od razu, odczuwałem jakiś dyskomfort w stopie, łydce, czy jakimś przyczepie mięśniowym, a lekceważąc te pierwsze oznaki i kontynuując bieg fundowałem sobie kontuzję trwającą od dni kilku do kilku tygodni czasami.

Teraz zaczynam od chwili marszu, a potem truchtu, przy którym „świński” trucht, to galop antylop. Tak ino-ino, stopa przy stopie. Po 20cm z nogi na nogę, byle do przodu. Włączam Garmina, żeby poszukał sobie satelity i czas ten (2-5minut) poświęcam na takie zabawy, jak lekkie wymachy, obroty, trucht tyłem, bokiem, przodem. Potem chwila stop, parę krążeń w stawach skokowych, lekkich podskoków i stratujemy Pierwszy km bardzo powoli. Drugi km zazwyczaj przyspieszam o pół minuty, trzecie – o kolejne pół minuty i czwarty km biegnę już w tempie zbliżonym, w którym pokonać zamierzam główny dystans, czyli … to pojęcie względne.

Potem przerwa kilkuminutowa. Uspokojenie oddechu i lekkie ćwiczenia rozciągające, zwiększające mobilność stawów i rozluźniające dodatkowo mięśnie. Teraz jedziemy te 10km w drugim zakresie! Biegnie się nieźle, choć wiatr jeszcze dokazuje i na otwartych przestrzeniach mocniej muszę nogami pracować, aby w tempie się zmieścić, bo to bieg ciągły przecież w tempie zadanym.

Radość z biegania tak na 80% mimo ukończonego dystansu, bo wiatr pod koniec już ostro pogrywał sobie ze mną, jakby chciał mnie sprawdzić, czy sobie poradzę z matką naturą. W dodatku, wracając już truchtem ostatnie 2km, wiał mi po mokrych plecach, co do przyjemności również nie należało.

W domu, po prysznicu i posiłku poczułem dopiero skutek ostatnich dni. W sumie te ok 60km w ciągu 4 dni, to nie tak dużo, lecz okraszone one zostały aż dwoma treningami w drugim zakresie i jednym startem w zawodach na 10km. Czuję się wypluty, jak zeszłodniowa guma do żucia przyklejona pod ławką. Nawet mi się spadać nie chce, a co dopiero dźwignąć na kolejny trening – tym razem bardziej ogólnorozwojowy – Crossfit.

Chciał, nie chciał, dźwignął się i poczłapał, tam gdzie sztanga na podłodze leży, co ją pewnie ze sto razy do góry unieść będzie trzeba, żeby sobie na dwieście pompek zasłużyć i trzysta brzuszków z pewnością. Dobrze, że tam ktoś nade mną stoi i robić mi to każe, bo sam z pewnością z własnej woli bym dzisiaj butów na nogi nie założył.